czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział szósty - Vo'hayowie

Po chwili zwierzę ukazało się w całej okazałości. Olbrzymie łapy z długimi i ostrymi jak brzytwa pazurami mocno wbijały się w ziemię pod ciężarem kolczastego cielska. Jeżozwierz nabrał powietrza i postawił długie na metr kolce.
Już minutę później ostre szpikulce leciały w stronę Voriny, która w ostatnim momencie zdążyła wyczarować magiczną barierę odbijającą. Po nieudanym ataku, zwierz przystąpił do planu B. Z całej siły rzucił się na elficę, po czym odbił się od zaczarowanej tarczy tak samo, jak jego poprzednia broń. Nasza bohaterka szybko sięgnęła po swój przypięty do pasa sztylet i dobiła przewrócone stworzenie.
Uff” - pomyślała. Popatrzyła na pazury jeżozwierza. Można by z nich zrobić swego rodzaju noże. Szybko oderwała je od cuchnącego ciała i zaczęła nasłuchiwać.
Coś jej mówiło, że powinna poszukać tamtej dziwnej elficy. W końcu, wyglądała na obytą z lasem, a przecież nie mieszka w nim nikt oprócz dzikich zwierząt, Białych Zwodzicieli i drwala! Coś się tu święci...


Vorina szła już grubo ponad godzinę i nie zauważyła choćby śladu nieznajomej.
Pytania same cisnęły się jej do głowy, która już i tak była przepełniona wątpliwościami i obawami. A co będzie, jeśli się zgubię? A jak już ją znajdę, to co zrobię? A jeśli ta dziwaczka zabije mnie, jak tylko mnie zobaczy?
A może Kiełbasiany radzi sobie dużo lepiej ze swoją misją? GDZIE JA JESTEM?
Stanęła na chwilę. Oto zobaczyła przed sobą dróżkę, a raczej rozdroże.
Bardzo ją to zdziwiło, gdyż jak dotąd musiała przedzierać się przez chaszcze.
A więc gdzie ma się udać? W lewo? Prawo? Nagle usłyszała cichy zgrzyt.
Obejrzała się. W tym samym momencie co chwyciło ją i porwało... do góry.


Coś smyrało ją w policzek. Otworzyła oczy. Był to zwyczajny, klonowy liść.
Podniosła się. Coś tu dziwnie pachniało. Zorientowała się, że siedzi na jakimś leżaku. Trochę huśtało. Spojrzała w dół i zobaczyła, że jest dobre 15 metrów nad ziemią! Widok tak ją oszołomił, że głośno krzyknęła, po czym wywróciła się do tyłu, o mało nie spadając. Podniosła się po raz kolejny. Gdzie ona jest?
Ktoś krzyknął coś niezrozumianego. Nagle zza gałęzi wychynęła głowa jakiegoś ponurego elfa. Co dziwne, miał takie same uszy jak nieznajoma elfica.
Obcy podszedł do Voriny, chwycił ją za ramiona i pociągnął do przodu.
Nasza bohaterka z początku się wzbraniała, gdyż fakt, iż w każdej chwili może spaść i się zabić, nie był zbyt ponaglający do wspinaczki. Jednak elf nie dal za wygraną i ciągnął swego więźnia dalej. Szli po grubej gałęzi, aż dotarli do następnej, następnej i jeszcze następnej, aż przybyli do dużego szałasu z liści, lin i kory. Nieznajomy wepchnął Vorinę do środka, a ta nalazła się przed obliczem starego, siwego elfa, ubranego w liście i skóry, z olbrzymim, kwiecistym kapeluszem i malutkim, grubym łukiem, tak bardzo różniącym się od cienkich, długich łuków z Montheril. Starzec przemówił:

  • Jesteś z Montheril, przybyszko?
  • Taak... Jestem Vorina Tei.
  • An'yu opowiadała nam o waszym spotkaniu. Chwalę cię, gdyż mało kto wychodzi żywy z konwersacji z naszą najlepszą wojowniczką. - Vorina odważyła się zapytać:
  • Kim jesteście?
  • Nie możemy ci tego powiedzieć. Doniosłabyś Salamantowi.
  • Salamantowi? Ależ on nie żyje od 800 lat!
  • Jak to? Opuściliśmy go w... zaraz... w 95! Tak! W 1095 roku!
  • Jest 1900. Salamant umarł na rozdwojnicę w 1100.
  • 800 lat... jak to możliwe? A więc... kto teraz rządzi na zamku?
  • Koerel.
  • Koerel Mniejszy?
  • Tak. Właśnie ten. - Starzec doznał nagłego wstrząsu, prawie spadł z hamaka.
  • KOEREL MNIEJSZY? PRZECIEŻ TO DZIECKO BYŁO NAJMNIEJ INTELIGENTNYM SZLACHCICEM NA ZAMKU!
  • No cóż... wiele to się nie zmienił. - Zapadła krępująca cisza. Vorina zapytała ponownie:
  • To co, powiecie mi, kim jesteście?
  • Sam nie wiem... Nie wydasz nas Koerelowi?
  • Nie, jeśli nie będziecie zagrażać Królestwu. Ale jak dotąd nikt o was nie słyszał, więc chyba po prostu macie nas gdzieś i nie zamierzacie na nas napadać albo coś w tym rodzaju.
  • Czyli NIE WYDASZ NAS?
  • Nie.
  • Dobrze. Czuję, że mówisz prawdę. - Elfica zaciekawiła się, rozpoznawanie prawdy było bowiem cechą absolutnie elfią.
  • A więc? - Starzec zamyślił się na chwilę, po czym powiedział:
  • Nasza historia zaczęła się – jak już pewnie zauważyłaś – 800 lat temu, gdy rządził jeszcze Salamant zwany przez pospólstwo Świniopyskim, miał bowiem bardzo zadarty nos. W roku 1095 ja i grupka innych elfów zbuntowaliśmy się przeciwko jego absolutnemu braku tolerancji wobec natury i uciekliśmy z Montheril do lasu Herwood. Tu założyliśmy nadrzewną osadę i prowadziliśmy ściśle związane z przyrodą życie. Nazwaliśmy siebie Vo'hayami, nazwa pochodzi od mojego imienia. Czasami odwiedzali nas elfi podróżnicy i naukowcy, nie wracali jednak do domu. Nasi wojownicy bardzo dbają, aby nikt nie odkrył naszego plemienia, w przeciwnym razie król od razu wysłał by tu wojsko i zniszczył cały las.
    Tak więc pozostaliśmy nieodkryci i mamy nadzieję, że tak zostanie.
  • Więc dlaczego pozwoliliście mi żyć?
  • Podobno powiedziałaś An'yu, że masz uratować świat...
  • Tak, mam, ale ona mi nie uwierzyła.
  • Ja ci wierzę. Tak jak wcześniej, czuję, że mówisz prawdę. Przed czym masz nas uratować?
  • Przed przełamaniem się Ziemi na pół.
  • A w jaki sposób chcesz tego dokonać? - Vorina zawahała się. Powiedzieć mu? Czy to nie za duże ryzyko?
  • Rozumiem, że masz wątpliwości, czy mi powiedzieć, czy nie. Bądź jednak pewna, że pytam z czystej ciekawości, poza tym nic nie mogę zrobić z taką wiadomością, jedynie rozesłać ją wśród członków plemienia.
  • Cóż... w takim razie powiem ci. Mam... Mamy odnaleźć Źródło Wszechrzeczy.
  • Aah! Nieistniejący artefakt! A jak chcesz go znaleźć?
  • Mam Misę ze Srebrną Mazią.
  • Masz ją? Prawdziwą? Pokaż! - W tym momencie elfica zdała obie sprawę, że zgubiła plecak, w którym ukryty był przedmiot.
  • Ależ przecież! Zabraliśmy ci bagaż! Nik'ap! - pojawił się nieznajomy elf.
  • Tak, Vo'hay?
  • Przynieś zaraz plecak tej elficy. - Nik'ap posłusznie wykonał polecenie. Starzec podał plecak Vorinie i powiedział:
  • Wyciągnij Misę. - Gdy przedmiot wylądował w rękach Vo'haya ten odezwał się:
  • ,, Ten, kto silny i ma waleczne serce, niech w południowej stronie lasu odgadnie zagadkę trudną wielce. Ten, kto zręcznie magią strzela, na wchodzie niech szuka przyjaciela.”. Ciekawe... Ty podążasz na wschód, prawda?
  • Tak. Na wschód.
  • Więc potrzebny ci przyjaciel... - elf zamknął oczy i nie odzywał się przez chwilę, jak by był w transie. Wokół niego powietrze zaczęło drgać. Wreszcie wódz otworzył oczy i odezwał się:
  • An'yu pójdzie z tobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz