czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział dziesiąty - W góry

Wyjaśnianie trwało do nocy. Wszystko zajęłoby prawdopodobnie 15 minut, gdyby nie nieustające pytania An'yu.
  • No więc, kiedy dostałam swoją kartkę …
  • Co to kartka?
  • Kawałek papieru.
  • Czego?
  • Papieru, czegoś cieńszego od pergaminu i bardziej ekologicznego. Służy do pisania.
  • Aha...
  • NO WIĘC, kiedy dostałam swoją kartkę papieru i spojrzałam na zadanie pierwsze, aż mnie zatkało. To działanie było tak banalne, że Kiełbasiany by je rozwiązał!
  • Ale jakie działanie? Na przykład podskocz trzy razy?
  • Nie, działanie matematyczne.
  • A co to jest?!?
Tak więc rozmowa ciągnęła się tak długo, że trzeba było rozłożyć obóz na noc. Oczywiście An'yu była wszystkim nieziemsko zdziwiona.
  • Ale co to jest?
  • Namiot.
  • Na ziemi?
  • Na ziemi jest bezpieczniej.
  • Hahahahahaahah.... a to dobre....Wybacz, ale całe życie mieszkam w lesie i wiem, gdzie jest bezpieczniej.
  • No to gdzie?
  • Na drzewach. Jeżozwierze się nie wspinają.
Vorinie zrobiło się trochę głupio. W podręczniku pisali, że namioty należy stawiać na ziemi... Zwyciężyła jednak teza doświadczonej An'yu i wszyscy powychodzili na pobliskie drzewo, przykryli się kocami i słuchali dalej.
  • Na czym to ja skończyłam? Aha! No i szłam na wschód, tak jak kazała Misa. Spotkałam ciebie i już wiesz, co się działo dalej.
An'yu kiwnęła głową i powiedziała:
  • Teraz chodźmy spać, jutro spytamy Misę, co zrobić.
  • Zgadzam się.
I wszyscy poszli spać...



Następnego ranka Vorina leniwie podniosła powieki. Było już dość jasno, wszyscy już wstali, tylko ona leżała jeszcze na swoim wyczarowanym materacu. „Jakie to wszystko jest rąbnięte...” - pomyślała i zwlokła się z posłania. Niestety, zapomniała o wysokości, na jakiej się znajdowała, i spadła z hukiem na ziemię.
  • Codziennie wstajesz w ten sposób? - Powitała ją sarkastycznie An'yu.
  • To mój sposób na rozciągnięcie mięśni. - Skwitowała Vorina – Cześć, Kiełbasiany.
  • Cze. - Barbarzyńca machnął jej ręką.
  • Na śniadanie znalazłam Wielkiego Grzyba, starczy na nas wszystkich.
  • Domyślam się. Dzięki – odpowiedziała Vorina. Tak naprawdę mogła w każdej chwili przywołać sobie co tylko chciała do jedzenia, ale doceniała poświęcenie An'yu i zachowała to dla siebie.
Po śniadaniu nadszedł czas na Misę Ze Srebrną Mazią. Kiełbasiany wziął topór i uderzył nim z całej siły w narzędzie. Rozległ się brzdęk i w Misie pojawił się obraz średnio wysokich gór, może wysokich pagórków.
  • To Baranie Góry. - oznajmiła Vorina.
  • Jakie góry? - spytał Kiełbasiany.
  • Baranie. Nie wiem, kto je tak nazwał...
W Misie pojawił się napis:

Hej ho, hej ho! W góry by się szło!
Chodźmy razem w Góry Baranie
pokonać ukryte Zło!
Chodźmy w trójkę, zacznijmy bójkę,
niech szalone będzie to!
Hej ho, hej ho!

  • Te wasze Góry Baranie to u nas Góry Xoim'pila i znajdują się na zachód stąd. Powinniśmy tam dojść za jakieś dwa dni. - stwierdziła An'yu. Towarzysze zabrali swoje rzeczy i wyruszyli na spotkanie Górom Baranim.

Góry Baranie były całe zielone. Znajdowały się tuż przed Wielkim Stepem Karłowatego Wszystkiego i stanowiły jakoby do niego bramę. Nie były zbyt duże, jak zresztą wszystko w pobliżu Stepu. Mieszkańcy Gór byli <cóż> mali i skromni, jednak stanowili prawdopodobnie szczep jedynych Stepańczyków zamieszkujących na stałe w jednym miejscu. Gdy Vorina, Kiełbasiany i An'yu dotarli do ich wioski, Małej Kozy, na próżno próbowali znaleźć jakikolwiek problem wymagający ich interwencji. Nie działo się po prostu nic. Jedyne oznaki zainteresowania przybyszami wykazywali sprzedawcy ogórków, których w wiosce było aż zanadto. Im bardziej zbliżali się do centrum wioski, tym bardziej zatykali nosy z powodu odoru świeżych, zgniłych, małych i jeszcze mniejszych ogórków.
W końcu Vorina nie wytrzymała i wyczarowała każdemu magiczną zatyczkę do nosa. Po drodze słyszeli tylko i wyłącznie handlarzy ogórków. „Kupujcie moje ogórki!” „Najlepsze ogórki w mieście” „Ogórki na każdą okazję i za każdą cenę” „Różowe, Niebieskie, jakie tylko chcesz!”. Vorina cały czas próbowała dowiedzieć się czegoś od tubylców, ale rozmowa zazwyczaj wyglądała tak:

  • Dzień dobry, nazywam się Vorina. Chciałam się spytać...
  • Jadła pani już nasze ogórki?
  • Nie, ale na pewno ich spróbuję. Chciałam spytać, czy dzieje się tu coś ciekawego, może macie jakiś problem...
  • PROBLEM???
  • Eee... tak...
  • NIE MA ŻADNEGO PROBLEMU.
  • A może jednak...?
  • NIE MA ŻADNEGO PROBLEMU, ale zawsze może pani kupić przepyszne ogórki!
  • Nie, chyba podziękuję...
  • Za ogórki się nie dziękuje, o ogórki się prosi!
  • Nie, ja...
  • To jak, trzy beczki?
  • Nie, ja dziękuję, nie chcę...
  • A to idź mi stąd, babo wredna!

Vorina i jej towarzysze po przeprowadzeniu ośmiu takich rozmów usiedli na ławce w centrum i poddali się bezgranicznej, żałosnej rozpaczy.

  • Ogórki! Wszędzie ogórki widzę! Wszędzie! - majaczył Kiełbasiany.
  • Rzygnę zaraz... - dodała An'yu.
  • Może spytamy kogoś jeszcze? - wtrąciła Vorina, ale urwała szybko, natrafiwszy na niesamowicie wrogie i pozbawione ogórków spojrzenie. „Czemu ona nie ma tych ogórków...”, pomyślała elfica. „Nie, zaraz, o czym ja myślę... ogórki... ogórki... Nie! Co jest?”. Wszystkim ogórki dosłownie uderzyły do głowy! Kiełbasiany zaczął nagle mamrotać, że szkoda, że nie jest zielony, a An'yu przygotowywała mimowolnie jakąś niewidzialną mizzerię. Vorina była zrozpaczona. W desperacji zaczęła rozglądać się po okolicy, aż natrafiła na budynek ratusza.
  • Tam! Tam jest ktoś władny! To nasza szansa! - wykrzyknęła. Razem ze swoją drużyną powoli i bredząc o ogórkach udała się w stronę swojej ostatniej nadziei na przetrwanie.


W środku ratusza było niezwykle duszno. Wszędzie unosił się kurz, wszystko skrzypiało przeraźliwie. Nie zastali tam żywej duszy. Parter – nic. Pierwsze piętro – nic. Drugie – nic. Trzecie - … Zaraz, co to? Kto to? W ostatnim pomieszczeniu, za grubą zasłoną kurzu i pyłu majaczyła jakaś postać przy biurku.

  • Kto to? - spytała An'yu. Odpowiedziało jej milczenie.
  • Kto tam? - usłyszeli nagle. Głos ewidentnie pochodził od postaci za biurkiem.
  • An'yu. - Przedstawiła się bezceremonialnie dzika elfica.
  • Vorina Tei, członkini gwardii obronnej króla Koerela na zamku Montheril... - zaczęła Vorina, lecz prędko przerwał jej barbarzyńca.
  • Kiełbasiany Pogromca. Barbarzyńca, jak by co. - Postać przechyliła głowę.
  • Przybliżcie się. - rozkazała. Towarzysze posłusznie podeszli bliżej biurka.
  • Wyglądacie dość egzotycznie w tych stronach. Więc jesteście z Montheril? - zapytał nieznajomy.
  • Ja nie. - odpowiedział Kiełbasiany.
  • Ja nie. - odpowiedziała An'yu. Choć nikt nie był w stanie zobaczyć twarzy obcego, bez wątpienia wyrażała ona powątpiewanie. Postać zbliżyła się do przybyszów. Słaby promyk światła oświetlił jej twarz. Był to starzec, z długą brodą, chudy i wymizerowany.
  • Kim pan jest? - spytała Vorina. Nieznajomy milczał przez chwilę, po czym odrzekł:
  • Jestem burmistrzem tego miasta. Siedzę tutaj cały czas, aby uchronić się od klątwy.
  • Klątwy?!? - wykrzyknęła trójka przybyszów. Burmistrz popatrzył na nich niedowierzającym wzrokiem i przemówił:
  • Lata temu pewien szalony czarownik zawitał do miasta. Był szalony, trudno zaprzeczyć. Chciał stworzyć jakiś eliksir, nie wiem jaki. Ponoć przebył pół świata w poszukiwaniu ostatniego składnika – liścia ogórka. Im bardziej go pragnął, tym bardziej zatracał się w sobie i wariował. Gdy dotarł do Małej Kozy, był już kompletnie... jak by to powiedzieć... rąbnięty. Zdrowo. Miał taką obsesję na punkcie tych ogórków, że kiedy dowiedział się, że u nas ich nie ma, rzucił na całe miasto klątwę. Na naszej ziemi zaczęły wyrastać tylko ogórki! Ludzie musieli je zbierać, wkrótce i oni przejmowali się wyłącznie tymi warzywami. Chciałem chronić moje miasto, ale nie mogłem. Wy, przebywając z mieszkańcami, na pewno odczuliście choć minimalne skutki klątwy? - towarzysze pokiwali ochoczo głowami. Burmistrz ciągnął dalej – Tak... na czym to ja... Aha! Czarodziej rzucił klątwę i cały zadowolony ukrył się w najgłębszej jaskini w okolicy, w Jaskini Kamulca.
  • Pokonać ukryte zło” - zacytowała An'yu – No, chyba już wiemy, co robić!
    Towarzysze podziękowali Burmistrzowi i udali się w stronę Jaskini Kamulca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz