czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział piąty - Wschód

Las Herwood. Groźny, tajemniczy i gęsty niczym zupa z dyni. Jeśli chce się zgubić wystarczy wejść na chwilę i dać się zauroczyć Białym Zwodzicielom.
Są to inteligentne padlinożerne kwiaty, niesłychanie niebezpieczne.
Gdy przystanie się przy nich choć na chwilkę, rzucają urok, z którego już nie można się wydostać. Wyrastają wtedy w różnych miejscach, tworząc jakby drogę, którą się podąża, chcąc zobaczyć ich jeszcze więcej. Droga zazwyczaj kończy się głębokim rowem, jeziorem, jaskinią niedźwiedzia. W lesie trzeba też uważać na drwala, który to posadził w swoim ogródku pierwszego Białego Zwodziciela. Dbał o niego, a za to otrzymał od kwiatu łaskę. Choć został pożarty, został jego duch, aby mógł nadal czuwać nad rosnącą ilością podopiecznych.
Takie plotki krążyły o olbrzymim i niezbadanym lesie Herwood. Mogły by wystraszyć każdego, ale Vorina miała misję, więc nie zwracała uwagi na czcze pogłoski. Przedzierała się przez mroczną gęstwinę, mijając różne niewiarygodne widowiska. Jeden podobno nieistniejący jednorożec żuł sobie powoli kwiat paproci, kiedy nasza bohaterka obok niego przechodziła. Innym razem natknęła się na gniazdo pterozaura, jeszcze innym na tajemniczą chatkę na kurzej nóżce. Jednak to wszystko nie miało dla elficy znaczenia. Gdyby nie miała wyznaczonego przez tajemniczy przedmiot zadania, już dawno porobiła by notatki i rysunki wszystkich tych dziwnych stworzeń. Ale teraz musiała iść. Iść na wschód. Jak najdalej.
By spotkać tam nie wiadomo kogo.
Zatrzymała się na chwilę, aby - za pomocą magii – sprawdzić, czy idzie we właściwym kierunku. Nagle obok niej świsnęła strzała. Vorina natychmiast ukryła się w krzakach, skulona. Przeleciało jeszcze kilka strzał, gdy dało się słyszeć bardzo cichy odgłos kroków. Ktoś nadchodził. Elfica zlała się z otoczeniem. Uwielbiała podchody i zabawę w chowanego, bo w ukrywaniu się była, cóż – świetna.
Zobaczyła czyjeś nogi w brązowych, skórzanych półbutach. Szybko wyciągnęła rękę i podcięła przeciwnika. Nieznajomy przewrócił się, a Vorina wyskoczyła zza krzaków, gotowa w każdej chwili cisnąć w napastnika magiczną kulą energii.
Zanim jednak zdążyła cisnąć czymkolwiek, zobaczyła tuż przed swoim nosem wyszczerbiony grot strzały. Podniosła ręce w geście kapitulacji i spojrzała na wrogą postać. Była to zdaje się elfica. Miała duże oczy, mały nos i cieniutkie usta.
Jej sięgające nieco za ramiona włosy były koloru pnia drzewa. Nieznajoma ubrana była w bluzkę z liści, na którą narzucona była skórzana kamizelka, również liściaste getry, skórzany pasek i wcześniej wymienione półbuty. Jej ubranie stanowczo różniło się od jedwabnej, niebieskiej tuniki i getrów Voriny. Jednak najdziwniejsze były uszy tej dzikuski. Nie były to normalne uszy elfa, długie i odstające w bok, ale krótkie i spiczaste, niczym grot włóczni. Niby – elfica odezwała się niespodziewanie:
  • Kim jesteś? - Vorina zawahała się.
  • Vorina Tei. - powiedziała krótko.
  • Skąd?
  • Z zamku Montheril. - napastniczka warknęła.
  • Po co tu jesteś?
  • Żeby, cóż... uratować świat.
  • Hahaha! A to dobre! A naprawdę?
  • Mówię prawdę. Puść mnie.
  • Raczej cię zabiję. - zaśmiała się dzikuska. Nagle popatrzyła nerwowo w krzaki i dodała:
  • A może raczej on to zrobi. - po czym uciekła.

Vorina rozejrzała się dookoła. Kim była ta dziwna dziewczyna? I czemu tak nagle odeszła? „Ktoś nadchodzi. Ktoś niebezpieczny.” - pomyślała. Niespodziewanie zza krzaków wychynęła wielka, kolczasta głowa. Elfica przeraziła się nie na żarty. Oto przed nią stał najprawdziwszy jeżozwierz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz