Las
Herwood. Groźny, tajemniczy i gęsty niczym zupa z dyni. Jeśli chce
się zgubić wystarczy wejść na chwilę i dać się zauroczyć
Białym Zwodzicielom.
Są
to inteligentne padlinożerne kwiaty, niesłychanie niebezpieczne.
Gdy
przystanie się przy nich choć na chwilkę, rzucają urok, z którego
już nie można się wydostać. Wyrastają wtedy w różnych
miejscach, tworząc jakby drogę, którą się podąża, chcąc
zobaczyć ich jeszcze więcej. Droga zazwyczaj kończy się głębokim
rowem, jeziorem, jaskinią niedźwiedzia. W lesie trzeba też uważać
na drwala, który to posadził w swoim ogródku pierwszego Białego
Zwodziciela. Dbał o niego, a za to otrzymał od kwiatu łaskę. Choć
został pożarty, został jego duch, aby mógł nadal czuwać nad
rosnącą ilością podopiecznych.
Takie
plotki krążyły o olbrzymim i niezbadanym lesie Herwood. Mogły by
wystraszyć każdego, ale Vorina miała misję, więc nie zwracała
uwagi na czcze pogłoski. Przedzierała się przez mroczną gęstwinę,
mijając różne niewiarygodne widowiska. Jeden podobno nieistniejący
jednorożec żuł sobie powoli kwiat paproci, kiedy nasza bohaterka
obok niego przechodziła. Innym razem natknęła się na gniazdo
pterozaura, jeszcze innym na tajemniczą chatkę na kurzej nóżce.
Jednak to wszystko nie miało dla elficy znaczenia. Gdyby nie miała
wyznaczonego przez tajemniczy przedmiot zadania, już dawno porobiła
by notatki i rysunki wszystkich tych dziwnych stworzeń. Ale teraz
musiała iść. Iść na wschód. Jak najdalej.
By
spotkać tam nie wiadomo kogo.
Zatrzymała
się na chwilę, aby - za pomocą magii – sprawdzić, czy idzie we
właściwym kierunku. Nagle obok niej świsnęła strzała. Vorina
natychmiast ukryła się w krzakach, skulona. Przeleciało jeszcze
kilka strzał, gdy dało się słyszeć bardzo cichy odgłos kroków.
Ktoś nadchodził. Elfica zlała się z otoczeniem. Uwielbiała
podchody i zabawę w chowanego, bo w ukrywaniu się była, cóż –
świetna.
Zobaczyła
czyjeś nogi w brązowych, skórzanych półbutach. Szybko wyciągnęła
rękę i podcięła przeciwnika. Nieznajomy przewrócił się, a
Vorina wyskoczyła zza krzaków, gotowa w każdej chwili cisnąć
w napastnika magiczną kulą energii.
Zanim
jednak zdążyła cisnąć czymkolwiek, zobaczyła tuż przed swoim
nosem wyszczerbiony grot strzały. Podniosła ręce w geście
kapitulacji i spojrzała na wrogą postać. Była to zdaje się
elfica. Miała duże oczy, mały nos i cieniutkie usta.
Jej
sięgające nieco za ramiona włosy były koloru pnia drzewa.
Nieznajoma ubrana była w bluzkę z liści, na którą narzucona była
skórzana kamizelka, również liściaste getry, skórzany pasek i
wcześniej wymienione półbuty. Jej ubranie stanowczo różniło
się od jedwabnej, niebieskiej tuniki i getrów Voriny. Jednak
najdziwniejsze były uszy tej dzikuski. Nie były to normalne uszy
elfa, długie i odstające w bok, ale krótkie i spiczaste, niczym
grot włóczni. Niby – elfica odezwała się niespodziewanie:
- Kim jesteś? - Vorina zawahała się.
- Vorina Tei. - powiedziała krótko.
- Skąd?
- Z zamku Montheril. - napastniczka warknęła.
- Po co tu jesteś?
- Żeby, cóż... uratować świat.
- Hahaha! A to dobre! A naprawdę?
- Mówię prawdę. Puść mnie.
- Raczej cię zabiję. - zaśmiała się dzikuska. Nagle popatrzyła nerwowo w krzaki i dodała:
- A może raczej on to zrobi. - po czym uciekła.
Vorina
rozejrzała się dookoła. Kim była ta dziwna dziewczyna? I czemu
tak nagle odeszła? „Ktoś nadchodzi. Ktoś niebezpieczny.” -
pomyślała. Niespodziewanie zza krzaków wychynęła wielka,
kolczasta głowa. Elfica przeraziła się nie na żarty. Oto przed
nią stał najprawdziwszy jeżozwierz...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz