Vorina
i An'yu podążały w milczeniu na południe. Nie za bardzo
odpowiadało im wspólne towarzystwo, musiały jednak to znieść.
Jedna miała rozkaz od drewnianej miski z budyniem w środku, inna od
starego elfa nieorientującego się za bardzo w kwestii upływu
czasu. Sielanka. Do tego ta druga nie miała pojęcia o co w tym
wszystkim chodziło. Iść na północ, na północ... Szaleństwo!
Północ to zło, to Imi'khaji – Wysokie Elfy, razem z ich
pałacami, chodnikami i murami. A jaki cel miała ta bezsensowna
wyprawa? Uratowanie świata przed nie wiadomo czym przy pomocy
nieistniejącego artefaktu. Po prostu świetnie. Coś jeszcze? Ależ
oczywiście, bo podróż umilała jedna z Imi'khaji, wyjątkowo
nadęta panna w niebieskiej tunice. Same plusy.
A
jak to wyglądało z perspektywy Voriny? Otóż tak: nasza bohaterka
wiernie podążała za wskazówkami Misy Ze Srebrną Mazią,
przekonana, że przedmiot jakoś pomoże w misji. W rezultacie
odnalazła zaginione plemię elfów – dziwaków, niezauważających
nawet, że minęło 800 lat od założenia ich osady, oraz dostąpiła
łaski przedzierania się przez las w towarzystwie „elficy”,
która wszystkich chce zabić, niby to najlepszej łowczyni w wiosce,
a niepotrafiącej nawet użyć zaklęcia przywołania światła.
Cudnie. Sprawy miały się jak najlepiej! Na pewno uda im się
ocalić świat! Wystarczy tylko odnaleźć nieistniejącą rzecz! I
tu wracamy do punktu wyjścia.
Przemyślenia
podróżniczek nie trwały długo. Po godzinie zakończyło je
spotkanie z Kiełbasianym Pogromcą.
- Nareszcie! - Krzyknęła Vorina – Znalazłeś coś?
- No. - Odpowiedział barbarzyńca.
- Świetnie! Co?
- A flaszę z Największą Pieśnią.
- Z CZYM?
- Z Największą Pieśnią.
Vorinę
zatkało. Największa Pieśń? Najpotężniejszy artefakt zaraz po
Żródle Wszechrzeczy? Kto był tak głupi, żeby dać go
barbarzyńcy?
- Jak ją zdobyłeś?
- A, zagadkę rozwiązałem.
Nastąpiła
chwila ciszy.
- Aha... A trudna była?
- Ee... nic z czym bym se nie poradził.
- Sobie. - Poprawiła go Vorina.
- Co?
- Mówi się sobie.
- A mów se sobie, ja mówię se jak se chcę. - Skwitował Kiełbasiany.
- Przepraszam, czy ja tu w ogóle jestem potrzebna? - Odezwała się po raz pierwszy An'yu. Vorina popatrzyła na nią z miną zatroskanej pani psycholog.
- Oczywiście, że jesteś! Misa cię wybrała!
- I ty w to naprawdę wierzysz?
Nastąpiła
bardzo długa chwila ciszy. Vorina przemyślała sobie dokładnie
swoją misję.
Odnaleźć
przyjaciela. Odnaleźć artefakt. Uratować świat. Dostać order za
zasługi dla królestwa. Tak, teoretycznie tak to wyglądało, ale –
jak to mówią – to praktyka czyni mistrza.
Przeżyć
nie wiadomo ile czasu z szurniętą łowczynią. Znaleźć rzecz,
której nie ma. Używając rzeczy, której nie ma, powstrzymać
planetę przed rozpadnięciem się na kawałki. Odebrać nagrodę od
największego idioty w całym Królestwie Elfów. Vorina musiała
jeszcze raz to sobie przemyśleć.
Może
jakoś się polubią z An'yu? Może Źródło Wszechrzeczy naprawdę
istnieje? Może ma moc wystarczającą do zapobiegnięcia
katastrofie? Może w czasie nieobecności Voriny na Montherill
zmienił się władca? Nie, to wszystko nie miało sensu! Elficę
ogarnęła jeszcze większa rozpacz. Nigdy jej się nie uda. Inni
elfowie siedzą teraz w swoich domach i piją kakao, nie myśląc
nawet o nadchodzącej apokalipsie. Małe elfickie dzieci bawią się
beztrosko w „Jednorożec Łapie”, dorosłe elfy edukują się w
zakresie 76 elfickich przedmiotów, starsze elfy tychże przedmiotów
nauczają. Naturalna kolej rzeczy. Vorina powinna być teraz na
zamku, powinna śmiać się z żartów Oriona i przytakiwać królowi.
Nie powinna siedzieć w środku gigantycznego lasu w towarzystwie
barbarzyńcy i brutalnej świruski. Nie powinna...
- To wierzysz, czy nie? - Powiedziała ostro An'yu. Jej oczy przeszyły Vorinę jak szpilki.
- Wierzę. - Odpowiedziała równie ostro Vorina.
- No to wyjaśnij mi o co tu chodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz